KONRAD ANDRZEJCZAK: Miałem bardzo buntowniczy charakter (2)

Zapraszamy na drugą część rozmowy z ofensywnym pomocnikiem Królowej Śląska – Konradem Andrzejczakiem. O poszukiwaniu swojego miejsca i zbiegu okoliczności, dzięki któremu trafił do Bytomia opowiedział nam w drugiej części rozmowy.

31 maja 2014 roku, to jakaś data szczególna dla Ciebie?

(chwila milczenia) No tak, mój debiut w Ekstraklasie. Daty nie pamiętam…

… ale mecz pewnie pamiętasz, bo nie skończył się standardowo.

Rzeczywiście. Mecz z Widzewem Łódź na boisku skończył się wynikiem 3:3, a potem – ponieważ został przerwany, został zweryfikowany na walkower. Na pewno był to fajny moment. Wiele osób z Jeleniej Góry przyjechało specjalnie na ten mecz. Oczywiście okoliczności były smutne, bo nasz spadek z ligi był już przesądzony, ale ja, jako młody chłopak, cieszyłem się debiutem. Pamiętam, że Marek Wasiluk grał na mnie i „dziureczkę” mu założyłem, więc to już w ogóle było fajne przeżycie dla tak młodego zawodnika.

Jak wyglądała wtedy kwestia współpracy między zespołem rezerw, a pierwszą drużyną? Czy ci młodzi zawodnicy, aspirujący do gry w pierwszym zespole, regularnie pojawiali się na treningach starszych kolegów, czy przykładowo wyłącznie przed meczami, w których mieli szansę na znalezienie się w kadrze meczowej?

W moim przypadku było tak, że od pewnego momentu praktycznie cały czas byłem przy pierwszym zespole. Kiedy miałem 16 lat – a więc sezon przed debiutem, trener Hapal zabrał mnie do Austrii na obóz z pierwszą drużyną. Wyglądałem bardzo dobrze i tak się stało, że na ławce siedziałem już w wieku 16 lat podczas meczu z Lechem Poznań, zremisowanym 0:0. Moim problemem były kłopoty z plecami, które dokuczały mi ze względu na rozwój fizyczny. Sporo czasu przez to straciłem i wydaje mi się, że mogłem mieć tych występów więcej, ale i tak doceniam to, co miało miejsce. Ta współpraca, odpowiadając już tak ostatecznie, zawsze była bardzo dobra.

A jednak w pewnym momencie zdecydowałeś się na wypożyczenie do GKS-u Bełchatów. Przypuszczam, że o optymizm było tam trudno, bo GKS rok po roku notował spadki i wylądował dość szybko po Ekstraklasie w 2. lidze, ale dla Ciebie był to pierwszy regularny sezon na poziomie centralnym i pierwsze zderzenie z takimi trudnymi piłkarskimi realiami…

Dzisiaj na pewno nie wykonałbym tego kroku, ale wówczas miałem bardzo buntowniczy charakter. Powinienem zostać w Zagłębiu i czekać na swoją szansę, ale byłem młody, gniewny, nie doceniałem wielu rzeczy i uważałem, że wszystko mi się należy. Nie rozumiałem, dlaczego nie gram w pierwszym zespole. Tak naprawdę nie musiałem nigdzie odchodzić, z klubu też nikt mnie nie wyrzucał i wielu chłopaków było w podobnym położeniu, jednak oni zostali i potem grali, a ja, zbuntowany, powiedziałem, że odchodzę. Zgłosił się GKS, trener mnie przekonał, ale tak naprawdę nie wiedziałem na co się piszę. Tuż po tym, jak okienko transferowe się zamknęło pojawił się komunikat, że klub ma problemy finansowe. Dla młodego chłopaka, to był duży szok. Jeszcze kiedy się grało, to nie było to tak odczuwalne, ale po zmianie trenera wszystko się zmieniło.

Tych meczów miałeś osiemnaście.

Trener Pawlak miał inną wizję – porozmawialiśmy, szanuję to i tak naprawdę grałem tylko w pierwszej rundzie.

Wróciłeś do Zagłębia, grałeś w rezerwach, ale masz też na koncie „pełnowymiarowy” występ w Ekstraklasie, za czasów trenera Stokowca.

Pamiętam, że wróciłem z Bełchatowa i trener Stokowiec wziął mnie na rozmowę i mówi: „No, Kondziu, co ja mam z tobą zrobić? Nie grałeś na wypożyczeniu. Zobaczymy, co to będzie.” Pojechałem na obóz z pierwszą drużyną, gdzie w moim odczuciu wyglądałem bardzo przeciętnie, trener jednak dobrze względem mnie się zachował. Powiedział, że mam dwa-trzy miesiące w rezerwach i jeśli zobaczy, że jestem na poziomie, z którego mnie pamięta, to przywróci mnie do pierwszej drużyny i tak rzeczywiście było. Był taki moment, że mocno na mnie postawił, ale niestety został zwolniony.

Ale nie przez to, że na Ciebie postawił?

Nie, nie (śmiech). Zagrałem w pierwszym składzie z rozpędzoną Koroną Kielce, w której na mojej stronie grał choćby Marcin Cebula, i zremisowaliśmy 0:0. Potem czekały nas derby ze Śląskiem. Trener zakomunikował mi, że będę na ławce, ale potem mamy Puchar, więc wtedy dostanę minuty. Tymczasem ze Śląskiem przegraliśmy po bramce w 90. minucie i krótko później pojawiła się informacja, że trener został zwolniony.

POSZUKIWANIE SWOJEGO MIEJSCA

Wtedy wszystko się zmieniło…

Tak. Byłem już nawet po pierwszych rozmowach kontraktowych. Mogłem zostać w Zagłębiu, miałem możliwość podpisania dwuletniego kontraktu, ale uznałem, że muszę zmienić otoczenie i spróbować czegoś nowego. Tak trafiłem do GKS-u Katowice…

… gdzie tak naprawdę przytrafiły się epizody. Zostałeś wypożyczony do Rozwoju, stamtąd wróciłeś na chwilę do GKS-u. O ile sezon w Bełchatowie był takim pierwszym zderzeniem z realiami organizacyjnymi, to Katowice w moim odczuciu to był taki pierwszy moment poszukiwania miejsca, gdzie mógłbyś się zadomowić. To wypożyczenie do Rozwoju też przecież było spowodowane tym, żeby wrócić do GKS-u i grać.

Jeśli chodzi o moją przygodę w GKS-ie, to nie przypuszczałem, że tak będzie. Myślę, że powinienem więcej dostać, ale nie byłem tak poukładanym mentalnie zawodnikiem, jak teraz. Dużo pomógł mi psycholog, ale wtedy jeszcze nie doszedłem do punktu, w którym zrozumiałem, że nie warto ciągle się buntować. Wszystko jest po coś.

Gdyby nie te momenty, gdyby nie ten bunt, dzisiaj byłbyś pewnie zupełnie innym człowiekiem i sportowcem.

Różnie mogło się potoczyć to wszystko, ale jestem szczęśliwy, że wyszło jak wyszło, że jestem tutaj, siedzimy, rozmawiamy, jesteśmy wiceliderem Betclic 1. ligi.

Do tego momentu coraz bliżej, ale czeka nas jeszcze kilka przystanków. Trafiłeś do Skry Częstochowa i tak się jakoś złożyło, że po tym sezonie w Częstochowie odszedłeś, a Skra… awansowała do 1. ligi. Nie plułeś sobie trochę w brodę?

To właśnie pokazuje charakter moich decyzji, które podejmowałem pod wpływem emocji. Muszę też jeszcze wspomnieć o Rozwoju, gdzie spędziłem naprawdę cenne pół roku i chociaż zanotowaliśmy spadek na pewno gra na poziomie centralnym w tym miejscu była dla mnie bardzo pożyteczna. Fajna szatnia, rodzinna atmosfera w klubie. Zresztą w GKS-ie też nie mogłem narzekać na atmosferę i do dzisiaj mam kontakt z wieloma osobami. Niestety po spadku klub ma prawo rozwiązać z zawodnikiem umowę i spotkało to kilku zawodników, w tym mnie. Trochę późno się o tym dowiedziałem, więc ciężko było coś znaleźć i tak trafiłem do Skry. Kolejne doświadczenie, kolejna szkoła życia, ale było wiele miłych momentów i mimo wszystko początek wspominam dobrze. W innych okolicznościach pewnie powinniśmy się rozstać, ale cóż, było jak było.

Po Skrze spędziłeś pół roku w Sokole Ostróda i pół roku w Stali Brzeg. Znowu dwa nieoczywiste wybory.

Nie ukrywam, że znowu dał o sobie znać mój charakter. W Ostródzie grałem wszystko, ale nie pomogłem sobie. Dużo niepotrzebnych słów, komentarzy… Człowiek się uczy całe życie, ale wtedy sobie przeszkodziłem przez co zostałem na lodzie. Miałem dwie opcje, już myślałem nawet, żeby wrócić do Jeleniej Góry do Karkonoszy, ale nie wyobrażałem sobie tego, bo to znaczyłoby, że coś jest nie tak…

Takie przyznanie się do porażki?

Tak. Powrót do domu, rodziny… czułbym, że zawiodłem wszystkich. Zadzwonił do mnie trener Arek Bator, który pamiętał mnie z kadr wojewódzkich za dzieciaka, zaproponował grę w Stali Brzeg i ja co prawda grą się broniłem, ale na pewno też postawił na mnie. Mieszkałem w Katowicach, dojeżdżałem codziennie pociągami, bo nie wiedziałem, co to będzie. To była duża lekcja. Wtedy zacząłem doceniać miejsce, w którym byłem i zacząłem dochodzić do wniosku, że gdybym był mądrzejszy, spokojniejszy, to nie musiałbym czekać zimą na spóźniony pociąg. Na pewno jednak ten sezon pokazał, że nie wszystko stracone i w ogóle wiąże się z tym historia, jak trafiłem do Bytomia.

Właśnie miałem o to pytać. Zatem, jak to było, do złego pociągu wsiadłeś? Opowiadaj!

Pod koniec rundy w Brzegu naderwałem mięsień dwugłowy i wiedziałem, że czeka mnie dwumiesięczna pauza. Wykluczało to możliwość ewentualnych testów w innych klubach i podczas zakończenia sezonu rozmawiałem z zarządem, że zostaję na następny sezon w Stali. Umówiłem się z działaczami, że później przyjadę podpisać umowę i po jakimś czasie zadzwoniłem do prezesa Stali, czy mogę następnego dnia przyjechać sfinalizować te kwestie formalne. Prezes powiedział, że jest na miejscu i na mnie czeka z dokumentami. Poszedłem na dworzec w Katowicach i w tym momencie nad miastem przeszła potężna nawałnica. Pociągi miały kilkugodzinne opóźnienie, część z nich została całkowicie odwołana. Zadzwoniłem do prezesa z pytaniem, czy mogę jutro przyjechać, ale ponieważ akurat miał być nieobecny umówiliśmy się na następny tydzień. Wróciłem do domu i wtedy zadzwonił telefon. Okazało się, że to dyrektor Stefankiewicz. W pierwszej chwili odmówiłem. Powiedziałem, że nie wyobrażam sobie teraz tego, skoro dałem słowo w Stali. Z czasem jednak zacząłem rozmawiać z rodziną, znajomymi, trenerem Stali, dyrektor Stefankiewicz też mocno naciskał i ostatecznie doszliśmy z Polonią do porozumienia. Gdyby więc nie tajfun, który przeszedł nad Katowicami to na pewno byśmy tutaj nie siedzieli, a na pewno nie miałbym ponad 150 występów w koszulce Polonii.

Myślę, że miałeś wyższe aspiracje niż ta 3. liga. Tymczasem najpierw Stal Brzeg, potem Polonia… nie bałeś się tego, że na tym czwartym poziomie utkniesz na dłużej? Umówmy się, wydostanie się stamtąd na poziom centralny, to nie jest łatwa sprawa.

Miałem świadomość, że to nie do końca toczy się tak, jak sobie wymarzyłem za dzieciaka, ale naprawdę cieszyłem się, że Polonia się do mnie zgłosiła. Nie dość, że to duży klub, z piękną historią, to zanim podpisałem umowę podzwoniłem, popytałem i utwierdziłem się w tym, że klub jest na dobrej drodze. Czy się bałem? Na pewno nie sądziłem, że za cztery i pół roku będę wiceliderem Betclic 1. ligi. Oczywiście miałem marzenia, ale na pewno zostaliśmy w ostatnim czasie nakierowani na taki sposób myślenia, że możemy. W efekcie człowiek zaczął myśleć, że może rzeczywiście jego miejsce, jest wyżej… ale faktycznie, tak jak zauważyłeś i wiele osób to powtarza – najtrudniej się wydostać z 3. ligi. Sam zobacz, jak radzą sobie beniaminkowie w Betclic 2. lidze.

To prawda, co potwierdza tylko wysoki poziom tych czołowych drużyn na czwartym poziomie rozgrywkowym, często mają budżety na drugoligowych poziomach. Wróćmy jednak do Ciebie. Awansowałeś do 2. ligi, awansowałeś do 1. ligi, teraz jesteś z kolegami wiceliderem zaplecza PKO BP Ekstraklasy. Czy te momenty da się porównać, czy każdy z nich jest oddzielnym rozdziałem?

Wiedziałem, że awans z 3. ligi, to taki krok naprzód. Chociaż patrząc wstecz widzę, że ta pierwsza runda po awansie była słaba, dużo tej trzecioligowej fantazji w nas jeszcze było…

Mam wrażenie, że jeszcze w ubiegłym sezonie tej fantazji wam nie brakowało! Pamiętamy te szalone mecze i niespotykane wyniki.

Tak, ale w ubiegłym sezonie byliśmy już bardziej poukładani. Jeśli chodzi o twoje pytanie, to ten ubiegły rok był takim przełomem, zarówno pod kątem drużynowym, jak i indywidualnym, gdzie tych bramek kilka strzeliłem i czułem, że urosłem, że tymi bramkami, liczbami, życie mi oddało.

W takim razie jak oceniasz te ostatnie pół roku. Z jednej strony masz „tylko” trzy bramki, ale były to bramki zdobyte z drużynami ze ścisłej czołówki ligowej – Pogoń Grodzisk Mazowiecki, Wieczysta Kraków, teraz Chrobry Głogów na zakończenie rundy. Więc jak, za dużo? Za mało? W sam raz?

Indywidualnie czuję niedosyt, bo uważam, że mogłem mieć tego więcej, dlatego moim celem na drugą rundę, jest poprawienie skuteczności i decyzyjności. Niezwykłe jest to w tej drużynie, że jesteśmy wiceliderem rozgrywek jako beniaminek i siedząc w szatni czujemy radość, ale i niedosyt. Rozmawiamy o tym Pucharze Polski, o bramkach, które straciliśmy i ten głód w tej szatni jest niesamowity.

Słuchając tych słów nietrudno dojść do wniosku, że sufit tej drużyny, jest dużo wyżej…

Pomidor! (śmiech) Przed sezonem udzieliłem wywiadu, w którym powiedziałem, że mam marzenia, jeśli chodzi o Polonię Bytom i tego się trzymam.

Potrafisz wskazać mecz w tej rundzie, który był dla Ciebie najtrudniejszy?

Jeden z cięższych momentów, to na pewno mecz z ŁKS-em. Zaraz po nim przyszła ta seria meczów bez zwycięstwa, porażki ze Stalą Rzeszów i Pogonią Siedlce, ale właśnie te momenty pokazały, jak ta szatnia jest mocna. Tak naprawdę ta niefortunna seria nas wzmocniła i czuję, że taki mecz, jak ten w Łodzi, już się nie powtórzy. Choćby spotkanie we Wrocławiu udowodniło, że to była lekcja, którą dobrze odrobiliśmy.

Czy jest jakiś moment w Twoim sportowym życiu, do którego byś się cofnął i podjął zupełnie inną decyzję?

Nie rozpamiętuję tego. To, co miało być, to się wydarzyło. Znalazłem swój dom, swoje miejsce, czuję się tu dobrze, mam swoje marzenia związane z Polonią i mam nadzieję, że zostanę tutaj jak najdłużej.

Czy oprócz tych marzeń stricte związanych z Polonią Bytom masz jeszcze jakieś inne sportowe marzenia?

Wszystko o czym teraz marzę, jest związane z tym miejscem. Wiem, że jeśli będę grał dobrze pomogę wejść klubowi na wyższy poziom. Polonia dała mi dużo i ja chcę się odwdzięczyć dobrą grą.

Wszystkie filmy

Polonia Bytom Fanshop

Betclic kod: PBO1920