
W barwach Polonii Bytom Konrad Andrzejczak występuje już ponad cztery lata. Zaczynał od 3. Ligi, by zimę 2025/26 spędzić na pozycji wicelidera Betclic 1. ligi. Ale jego indywidualna droga, by znaleźć się w tym miejscu, była zdecydowanie dłuższa i bardziej zawiła. Zapraszamy na pierwszą część obszernej rozmowy z Konradem Andrzejczakiem.
Konrad, stuknęło Ci ostatnio 150 meczów w barwach Polonii. Liczyłeś je?
Tak, nie ukrywam, że zależy mi na tym. Chociaż na przykład na Transfermarkcie jest ich mniej, ale to dlatego, że nie zostały wzięte pod uwagę mecze Pucharu Polski na szczeblu regionalnym, więc poprosiłem Mateusza Skutnika, żeby to sprawdził i teraz mam już na koncie 155 występów. Bardzo się cieszę i… gonię Patryka Stefańskiego.
Te ponad 150 spotkań, dokładnie 155 jak mówisz, to naprawdę sporo. Zlewają się w jedną całość, czy może pamiętasz jakieś szczególne momenty?
Pamiętam każdy mecz, w którym strzeliłem bramkę (śmiech). Pamiętam choćby nasz wyjazd do Gubina, gdzie graliśmy chyba na najgorszym możliwym boisku, ale wygraliśmy po bramce Lucka Zielińskiego; pamiętam wyjazdy na wspomniane mecze regionalnego poziomu Pucharu Polski. To były zupełnie inne realia, dlatego cieszę się z miejsca, w którym znaleźliśmy się jako klub i cieszę się z miejsca, w jakim ja się znalazłem. To, że gramy na Stadionie Śląskim, we Wrocławiu, na Wiśle Kraków… to jest naprawdę fajne.
Czy czujesz w takim razie, że to miejsce – Bytom, to jest Twoje miejsce?
Chcę gonić Patryka Stefańskiego, więc nie ma innej opcji (śmiech). Nie ukrywam, że dobrze się tu czuję. Trochę w życiu pozwiedzałem, a tutaj mam poukładane życie. Widzę, jaki postęp zrobiła Polonia. Pamiętam przebieranie się w barakach; w miejscu, gdzie siedzimy nie było nic, a teraz mamy piękny budynek, bardzo dobre boisko, rozrastający się obiekt. To na pewno cieszy.
POCZĄTKI
Pochodzisz z Jeleniej Góry, ale grać w piłkę nie zaczynałeś w Karkonoszach, ale w KKS-ie Jelenia Góra, a więc klubie, który powstał krótko przed tym, jak zacząłeś w nim trenować…
Szczerze mówiąc nie pamiętam, dlaczego tak się stało. Wydaje mi się, że KKS był bliżej domu. Rodzice zaprowadzili mnie na trening w wieku sześciu lat i tak to się zaczęło. Na pewno dobrze wspominam ten czas. Jeździliśmy na turnieje – na Ukrainę i w inne miejsca. Bywało, że trenowałem kilka razy dziennie – o 15 w swoim roczniku, o 17 w starszym, a potem zostawałem jeszcze, żeby popatrzeć na najstarszy rocznik, prowadzony przez trenera Pawła Karmelitę, który później ściągał mnie do Zagłębia.
Mówisz, że o 15:00 trenowałeś ze swoim rocznikiem, o 17:00 w starszym, a potem jeszcze zostawałeś, by obejrzeć zajęcia najstarszej grupy… nauczyciele w szkole chyba nie byli szczególnie zadowoleni.
Moja szkoła podstawowa podzielona była na takie jakby dwa budynki. Jeden przeznaczony był do nauki, a drugi, to była strefa sportowa. W tym pierwszym średnio za mną przepadali (śmiech). Od małego piłka była dla mnie najważniejsza, ale w podstawówce było tak, że trenowałem wszystko – biegi przełajowe, pływanie, sprinty, siatkówka, rzucałem piłką tenisową i lekarską… Mieliśmy taki ranking sportowca, który praktycznie zawsze wygrywałem i dzisiaj widzę, że to naprawdę dało mi bardzo dużo.
Czyli dostając na początku roku plan lekcji sprawdzałeś najpierw, kiedy masz WF?
Tak. Ale nawet, jeśli zaczynaliśmy lekcje od 10, ja przychodziłem na 8 rano i grałem na korytarzu piłką zrobioną z papieru. To była dla mnie taka rozgrzewka.
Od początku byłeś więc ukierunkowany na sport…
U mnie w domu nie tylko ja jestem takim przypadkiem. Jedna z moich sióstr tańczyła taniec towarzyski, druga tańczy hip-hop. Teraz widzę, ile rodzice czasu im poświęcają i tak samo było ze mną. Tata pracował, a mama jeździła ze mną na kadry wojewódzkie – bez względu na to, czy to był wtorek, czy środa.
Miałeś jakiegoś idola jako dziecko?
Nie będę oryginalny, bo całe życie byłem fanem Barcelony, więc moimi idolami byli Ronaldinho, Messi, później Neymar.
To uwielbienie Barcelony trwa nadal? Dzisiaj mamy w jej kadrze Lewandowskiego, Szczęsnego…
Trochę już mniej, ale doceniam, że Polacy znaleźli się w takim miejscu. Na pewno, jeśli mam jakiś mecz obejrzeć, to właśnie Barcelony.
A w szatni jak się ta kwestia Barcelona-Real rozkłada?
Po równo, ale wiemy w klubie, jakiego mamy fana Realu Madryt u was w dziale (chodzi o dyrektora marketingu i sprzedaży – przyp.), więc trzeba uważać.
ZAGŁĘBIE LUBIN
Wspomniałeś, że do Akademii Zagłębia ściągał Cię trener Karmelita. Ile miałeś lat, kiedy musiałeś podjąć decyzję o zmianie klubu?
Miałem trzynaście lat, kiedy trafiłem do Zagłębia. To była pierwsza klasa gimnazjum. Trener Karmelita nie tyle mnie ściągnął, ile pomógł w podjęciu tej decyzji, bo miałem jeszcze do wyboru dwa inne kluby – Śląsk Wrocław i Legię Warszawa. Ta druga odpadła ze względu na odległość, we Wrocławiu już byłem, oglądałem internat, ale ze względu na to, że w Zagłębiu ta Akademia była dobrze poukładana zdecydowałem się na Lubin. Myślę, że dobrze wybrałem, ale pierwsze pół roku było mega ciężkie.
Właśnie tak się zastanawiam: masz trzynaście lat i nagle zostajesz sam. Bez rodziców obok siebie, bez znajomych…
Powiedziałbym nawet, że te pierwsze miesiące to było dla mnie dramatyczne przeżycie. Rodzice byli w stanie być na miejscu w ciągu półtorej godziny i zdarzały się takie sytuacje, że musieli przyjeżdżać, bo ciężko było mi wytrzymać. Po tym pierwszym półroczu zacząłem się przyzwyczajać. Tak jak na początku jeździłem do domu co tydzień, tak później raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. W ten sposób nauczyłem się odpowiedzialności i szybciej dorosłem. Fajna lekcja, ale… swojego syna bym tak nie wysłał (śmiech).
Z perspektywy czasu, to jest postawienie wszystkiego na jedną kartę? W wieku trzynastu lat brzmi to dość przerażająco…
Na pewno to odważny krok. Był czas, że trenowałem dzieciaki w Polonii i widzę, jak rodzice patrzą na takie kwestie, jak zmiana szkoły. Nie są chętni, mówią, że zmiana szkoły dla dziecka, to szok. A ja byłem w podobnym wieku i zmieniałem wszystko…
… miasto, znajomych, przyjaciół…
Dokładnie. Ale ja jestem taką osobą pozytywną, uśmiechniętą i szybko łamię bariery, co na pewno mi pomogło.
Akademia Zagłębia ma bardzo dobrą renomę, jeśli chodzi o pracę z młodzieżą. Mamy rok 2025, tych Akademii jest bardzo dużo, wszystkie starają się dorównywać tym standardom europejskim, ale te 15 lat temu wyglądało to pewnie trochę inaczej. Miałeś zresztą, tak jak powiedziałeś, porównanie z Akademią Śląska czy Legii. Wybrałeś Zagłębie i rzeczywiście możesz potwierdzić poziom tej organizacji?
Pod względem całej otoczki, organizacji, liczby boisk – których było przecież mniej niż teraz – widać było różnicę. W internacie było nas 33. Fajne było to, że byliśmy wszyscy na jednym piętrze – ze mnie się śmiali, że jestem taki mały szczurek, bo nie mogłem usiedzieć w miejscu i chodziłem od pokoju do pokoju (śmiech). Przeskok był duży, ale miałem wsparcie, również trenerów, którzy wiedzieli, że jesteśmy przyjezdni. Tak jak powiedziałeś to było postawienie wszystkiego na jedną kartę. Pierwsze zajęcia mieliśmy już o 7 rano, codziennie dwie godziny WF-u, lekcje, do tego treningi i tak codziennie.
Mniej więcej w momencie, kiedy zacząłeś grywać w rezerwach, pojawiły się też powołania do kadr U-16, U-17. Z tego co wiem były to trzy występy w tym młodszym roczniku i pięć w starszym, ale nie mogłem nigdzie znaleźć konkretnych spotkań…
Powiem ci szczerze, że też tego szukałem i nie mogłem znaleźć. Pamiętam tylko, że byłem na Cyprze na zgrupowaniu i tam zagrałem w meczu właśnie z Cyprem… chociaż tam może były dwa mecze… Naprawdę nie pamiętam…
Ale mecze z orzełkiem na piersi były!
Tak, ale uważam, że za mało (śmiech). Wracając jednak jeszcze do Zagłębia i tych standardów, to po jakichś dwóch latach pojawił się dyrektor z Holandii i wtedy miałem wrażenie, że to wszystko rzeczywiście weszło na bardzo wysoki poziom. Miło wspominam fakt, że już wtedy odbywałem treningi pozycyjne. W KKS-ie grałem jako napastnik i strzelałem naprawdę dużo bramek – wiadomo, że to była liga bardziej terenowa – ale przechodząc do Zagłębia zostałem skrzydłowym. Te treningi pozycyjne, pojedynki na skrzydle, dużo mi wtedy dały.
Skoro wspomniałeś o tych pozycjach. Dzisiaj jesteś ustawiany na dziesiątce, wcześniej byłeś napastnikiem, skrzydłowym. Gdzie czułeś, że ten Twój potencjał jest najbardziej wykorzystywany?
W życiu chyba tylko na bramce nie stałem. Grając w Sokole Ostróda potrafiłem kilkukrotnie zmieniać pozycje, z dziesiątki na ósemkę, na skrzydło, wahadła, obronę. W Ekstraklasie zagrałem na lewym wahadle. Teraz jednak nie wyobrażam sobie grać inaczej niż jako dziesiątka. Kiedy przyszedł trener Tomczyk i miałem przejść ze skrzydła na dziesiątkę pomyślałem tylko: kurczę, ciężko będzie się przestawić…
Na drugą część naszej rozmowy zapraszamy jutro.


































